Czarny kot przeszedł Panu D. drogę. Kilka razy. Od tamtej pory prześladował go zły los. Przeczytaj jego historię, by dowiedzieć się, jak pozbyć się pecha.

 

Historia Pana D.

 

Pan D. urodził się w małym polskim mieście. Nie miał bogatych rodziców, ale niczego mu nie brakowało. Pewnego dnia spotkał czarnego kota. I się zaczęło. Matka za bardzo się troszczyła o swego jedynaka, dlatego musiał na nią krzyczeć.  Po maturze Pan D. kontynuował edukację – poszedł na studia, a tam pani profesor się na niego uwzięła. Nie uzyskał zaliczenia z jednego przedmiotu, musiał rzucić studia. Ta podła kobieta tak go zniechęciła, że nie zdecydował się na egzamin komisyjny, ani na powtarzanie roku czy zmianę kierunku. Na dobre zraził się do nauki. Za to zakochał się. Po pewnym czasie ukochana zażądała rozstania, bo to zła kobieta była. Później znowu się zakochał  i znowu został porzucony. Następnie spotkał jeszcze gorszą kobietę i sytuacja się powtórzyła.

W tym czasie Pan D. imał się różnych prac. W żadnej nie udało mu się wytrwać dłużej, ani dostać awansu. Wiadomo, a to niedobry szef, a to złośliwy współpracownik albo niekorzystny biomet. Niebawem ponownie dopadła go miłość. Zamieszkał z damą serca i założył z nią firmę. Pech chciał, że i tym razem kobieta okazała się nikczemna. Wyjechała bez słowa do swego internetowego kochanka. Poniżony, zniechęcony do prowadzenia własnej działalności przeniósł się do większego miasta. Nawet nie miał siły zastanowić się, jak pozbyć się pecha. Zamieszkał na stancji u nieznośnego alkoholika. Nie szukał innej, bo to za dużo zamieszania. Zresztą po co. Zbliżający się do trzydziestki Pan D. zapisał się na studia do lokalnej szkoły wyższej. Niesprzyjający los zmusił go do powtarzania roku, a potem wzięcia urlopu dziekańskiego.

 

Zobacz też:

Darmowe aplikacje ułatwiające życie

 

Złej passy ciąg dalszy

 

W końcu Pan D. spotkał M., myślał, że będą ze sobą na zawsze. Nie widywali się jednak codziennie. Powodów było wiele. Praca rozwoziciela pizzy była dla trzydziestojednoletniego mężczyzny niezwykle wyczerpująca. Na dodatek musiał sypiać 10 godzin, by się wyspać po tak ciężkiej pracy. Po powrocie na stancję po 22 nie mógł iść spać, bo musiał grać na komputerze do 5 rano. Po prostu musiał. Pod koniec trzeciego roku studiów okazało się, że Pan D. ma niezaliczone przedmioty. No nie zauważył przez trzy lata, że miał te przedmioty. Zresztą pani z dziekanatu powinna była mu przypomnieć przecież. Z właściwym wykładowcą nie udawało mu się skontaktować, bo brakło mu czasu lub siły. Praca licencjacka miała mieć jedynie formę kilkunastoslajdowej prezentacji, ale Pan D. i tak nie dał rady jej przygotować w terminie. Po prostu nie miał czasu, a jak miał czas, to nie miał albo siły, albo ochoty.

jak pozbyć się pecha raz na zawsze

W międzyczasie przeszedł rekrutację do hipermarketu. Praca na dziale kulturalnym wykańczała go, a współpracownicy okazali się okropni. Po 2 miesiącach nie przedłużono mu umowy. To wina byłego kierownika, zdecydowanie. Smutek nie pozwalał mu robić prezentacji licencjackiej, te wymagane 12 slajdów było ponad jego siły. Na dodatek M. zaczęła sugerować, że mógłby intensywniej szukać pracy. A przecież on robił, co mógł! Raz na tydzień sprawdzał oferty, żadna mu nie pasowała. W pozostałym czasie spał, grał na gitarze i siedział na fejsbuku. W końcu M. z nim zerwała. Pewnie rodzina zrobiła jej pranie mózgu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawiłby go. Jednak Pan D. nie poddał się klątwie czarnego kota. 14 miesięcy po terminie obronił swą dwunastoslajdową pracę licencjacką i po pięciu latach udało mu się uzyskać tytuł licencjata. Dalsze jego losy pozostają nieznane.

 

Jak pozbyć się pecha na zawsze

 

Historia Pana D. jest doskonałym przykładem usprawiedliwiania niepodejmowania działania, unikania odpowiedzialności za własne decyzje oraz totalnego braku autorefleksji. Pan D. za swoją nadwagę obwiniał genetyczną tendencję do tycia. Nie uwzględnił tego, że codziennie zjadał dużą paczkę czipsów i w ogóle się nie ruszał. Gdy szósta z kolei dziewczyna z nim zerwała, nie przyszło mu nawet do głowy, że może powinien przyjrzeć się sobie. Zawodowe porażki, a później trudności w znalezieniu pracy były według niego tylko i wyłącznie winą systemu gospodarczego i politycznego. Za jego niepowodzenia zawsze odpowiadał ktoś inny. Kiedy nie było na kogo zrzucić winy, za przyczynę braku sukcesu Pan D. uznawał los. „Się nie udało”, „się przydarzyło”… nic samo SIĘ nie zrobiło.

Nieustanne użalanie się nad sobą i ciągłe pretensje do całego świata prowadzą donikąd. Można chwilę popłakać lub pozłościć się, by wyładować nagromadzone emocje i frustrację, ale potem trzeba wstać i DZIAŁAĆ, a nie googlować, jak pozbyć się pecha. Rezultaty mogą być mniej spektakularne i szybkie  niż byśmy chcieli, ale zawsze jakieś będą. Na sukces trzeba zapracować, a nie oczekiwać podania wszystkiego na tacy. Uważam, że jeśli nic nie robię, nawet nie próbuję, to nie mam prawa marudzić. Niesprawiedliwość była, jest i będzie. Przykład? Ostatnio  w jednym z lubelskich urzędów był ogłoszony konkurs na stanowisko x. W ostatnim etapie, rozmowie z dyrektorem, brało udział 5 osób. Konkurs wygrała pani, która jako jedyna się spóźniła. Czy ktoś, kto nie był „ustawiony” przyszedłby spokojnie 15 minut po czasie? Czy to jednak oznacza, że nie ma się na nic wpływu? NIE.

To nie czarny kot był powodem fiask Pana D., a bezkrytyczność wobec siebie, negowanie własnej sprawczości, rozszczeniowość, a wreszcie lenistwo i wygodnictwo. Pech i niefart nie istnieją, są tylko niesprzyjające okoliczności. Owszem, jedni mogą na nie trafiać częściej niż inni, ale to od nas zależy, czy podejmiemy walkę czy nie. Zrzucanie odpowiedzialności za to, co nam się przytrafia, na wszystko i wszystkich jeszcze nikomu na dobre nie wyszło. Za to stawienie czoła rzeczywistości i staranie pozwoliło wielu odnieść sukces, a prawie każdemu poprawić swoją sytuację. Więc weź się w garść i walcz!

 

Czy teraz już wiesz, jak pozbyć się pecha?

Polub, bo warto :)